Sześcioizbowy przedwojenny dom jednorodzinny za ogrodzeniem na warszawskim przedmieściu, jesienny poranek, na pierwszym planie stara skrzynka na listy

Urząd przyznał im dom w 1969 roku. Umowy nie podpisano przez ponad pół wieku

Decyzja z 7 listopada 1969 roku przyznawała ojcu i córce wieczyste użytkowanie gruntu pod domem. Umowy notarialnej nigdy nie zawarto. Gdy córka poszła do sądu, miasto odpowiedziało zarzutem przedawnienia.

Nieruchomości Sąd Okręgowy w Warszawie wyrok z 29 października 2025 9 min czytania

Jak czytać tę historię. Opisujemy prawdziwy wyrok, ale imiona, wygląd bohaterów, dialogi i szczegóły tła wymyśliliśmy i celowo podkoloryzowaliśmy, żeby dało się to czytać jak opowieść. Bez zmian zostaje to, co najważniejsze: sąd, sygnatura, data, kwoty, podstawa prawna i rozstrzygnięcie: te pochodzą wprost z orzeczenia, które możesz sprawdzić pod linkiem na końcu.

To nie jest porada prawna. W swojej sprawie skonsultuj się z adwokatem lub radcą prawnym Nawet drobna różnica w faktach potrafi odwrócić wynik.

Działka o powierzchni 742 metrów kwadratowych z przedwojennym domem, objęta dekretem warszawskim z 1945 roku.
Działka o powierzchni 742 metrów kwadratowych z przedwojennym domem, objęta dekretem warszawskim z 1945 roku.

Kto jest kim

Imiona, twarze i szczegóły są wymyślone. Role w sprawie: prawdziwe.

  • Barbara Iwaszkiewicz, powódka (postać fikcyjna)

    Barbara Iwaszkiewicz

    powódka

    Urodzona w 1949 roku, z zawodu ekonomistka i muzyk. Miała dwa lata, gdy jej matkę zamordowano w rodzinnym domu. O wykonanie decyzji z 1969 roku walczyła przez ostatnie kilkanaście lat życia, w tym cztery i pół roku o samo zaświadczenie.

  • Ojciec powódki, drugi uprawniony z decyzji, zmarły w 1982 roku (postać fikcyjna)

    Ojciec powódki

    drugi uprawniony z decyzji, zmarły w 1982 roku

    Żołnierz września 1939, ranny, przedostał się na Zachód, walczył pod Narwikiem, przeszkolony jako cichociemny, zrzucony do kraju w 1942 roku, żołnierz Armii Krajowej. Po wojnie aresztowany i skazany na dziewięć lat więzienia oraz przepadek całego mienia; wyrok uchylono w 1956 roku.

  • Miasto stołeczne Warszawa, pozwane (postać fikcyjna)

    Miasto stołeczne Warszawa

    pozwane

    Właściciel gruntu od 1990 roku. Nigdy nie korzystało z nieruchomości ani z domu, nie czyniło tam nakładów. W procesie broniło się wyłącznie zarzutem przedawnienia.

  • Sąd Okręgowy w Warszawie

    sąd pierwszej instancji

    Odrzucił zarzut przedawnienia dwoma niezależnymi argumentami i sam wydał wyrok zastępujący umowę notarialną.

Miała dwa lata, kiedy w tym domu zginęła jej matka.

Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa urządzili w budynku przy podwarszawskiej ulicy “kocioł”: pułapkę, w której siedzi się dniami i czeka, aż ktoś zapuka. W 1951 roku zabili tam kobietę, która była matką dwuletniego dziecka. Jej mąż siedział wtedy w areszcie po ciężkim śledztwie. Skazano go na dziewięć lat więzienia i przepadek całego mienia za czyny, których nie popełnił. Wyrok uchylił Sąd Najwyższy w 1956 roku.

Ten sam dom, ten sam grunt, sześćdziesiąt kilka lat później, stał się przedmiotem procesu o sto siedemdziesiąt kilka metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej i 742 metry działki. Po drugiej stronie sali siedziało miasto stołeczne Warszawa, które broniło się jednym argumentem: za późno.

Kto był ojcem powódki

Zanim to wszystko się wydarzyło, człowiek ten walczył we wrześniu 1939 roku i został ranny. Przedostał się na Zachód, brał udział w bitwie o Narwik, potem trafił do Wielkiej Brytanii. Tam zgłosił się na ochotnika na kurs, po którym zostawał się cichociemnym: skoczkiem spadochronowym zrzucanym nad okupowanym krajem, z perspektywą nie tylko śmierci, ale tortur w razie schwytania.

Zrzucono go w 1942 roku. Działał w Armii Krajowej. Po klęsce powstania, w 1945 roku, aresztowano go po raz pierwszy, zwolniono, a on ujawnił swoją przynależność do organizacji.

Postępująca stalinizacja przyniosła drugie aresztowanie i wszystko, co potem.

Sąd Okręgowy w Warszawie opisał to w uzasadnieniu wyroku z 2025 roku i nie użył ostrożnych sformułowań. Napisał, że funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, “przecież też, przynajmniej w znacznej większości, Polacy”, dopuścili się na tej rodzinie zbrodni.

Dodał jeszcze jedno zdanie, które tłumaczy pół wieku bezczynności. Że w tych okolicznościach zrozumiałe stają się obawy przed bardziej stanowczymi próbami dochodzenia swoich praw, jakie od 1969 roku aż do śmierci w 1982 roku miał ojciec powódki.

Papier, który nigdy nie stał się umową

Grunt przy tej ulicy przeszedł na własność gminy 21 listopada 1945 roku, z mocy dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy. Dekret zabrał grunty, ale zostawił właścicielom dwie rzeczy: budynki wzniesione przed jego wejściem w życie pozostawały odrębną nieruchomością, a dotychczasowi właściciele mogli złożyć wniosek o przyznanie im prawa do gruntu.

Rodzice powódki kupili tę nieruchomość 9 sierpnia 1946 roku, już po dekrecie. Dwa dni później ich adwokat złożył pierwsze pismo. W styczniu 1949 roku wpłynął wniosek właściwy: o przyznanie prawa własności czasowej za czynszem symbolicznym.

Potem nastąpiła cisza, z której wyrwały rodzinę wydarzenia opisane wyżej. W 1955 roku urząd potwierdził tylko tyle, że wniosek nie został jeszcze rozpatrzony, a dom nie został przejęty na własność Skarbu Państwa.

Rozstrzygnięcie przyszło 7 listopada 1969 roku. Prezydium Rady Narodowej uchyliło wcześniejszą, odmowną decyzję z 1967 roku i przyznało ojcu w połowie oraz córce w połowie wieczyste użytkowanie gruntu na 99 lat, pod sześcioizbowym budynkiem mieszkalnym o powierzchni 150 metrów kwadratowych.

Decyzja zapowiadała, że w przyszłości zostanie zawarta umowa, w której ustali się prawa i obowiązki stron. Przewidywała opłatę jednorazową w kwocie 1 000 ówczesnych złotych, płatną przed zawarciem aktu notarialnego, i zastrzegała obowiązek uiszczania opłaty rocznej z tytułu ulepszenia terenu, gdyby państwo doprowadziło drogi, kanalizację, wodociągi, elektryczność czy gaz.

Do aktu notarialnego nigdy nie doszło.

Ojciec zmarł w 1982 roku. Powódka odziedziczyła po nim połowę jego udziału, a wcześniej, po matce, trzy czwarte. W sumie: 3/4 części.

Cztery i pół roku o jedno zaświadczenie

Żeby wykonać decyzję administracyjną, trzeba wiedzieć, że jest ostateczna. To był kolejny mur.

W sierpniu 2018 roku powódka wystąpiła o zaświadczenie stwierdzające ostateczność decyzji z 1969 roku. Prezydent miasta odmówił, powołując się na brak dokumentów potwierdzających doręczenie odpisów. Samorządowe Kolegium Odwoławcze odmowę utrzymało.

W kwietniu 2019 roku wojewódzki sąd administracyjny uchylił oba orzeczenia. Uzasadnienie było zdroworozsądkowe: organ oparł się wyłącznie na braku dowodów doręczenia, a nie rozważył, czy wniosku o ostateczności decyzji nie da się wyprowadzić z innych dokumentów, na które powódka zresztą wskazywała.

Potem organ przestał odpowiadać. W czerwcu 2021 roku sąd administracyjny zobowiązał prezydenta do rozpoznania wniosku i stwierdził bezczynność z rażącym naruszeniem prawa. W maju 2022 roku, po kolejnej skardze, wymierzył prezydentowi grzywnę 2 000 zł i znów stwierdził bezczynność.

Zaświadczenie wydano 3 stycznia 2023 roku.

Równolegle działy się rzeczy jeszcze dziwniejsze. Miasto samo wystąpiło o wszczęcie postępowania w sprawie stwierdzenia nieważności decyzji z 1969 roku, tej korzystnej dla powódki, i wcześniejszej z 1967 roku. W lutym 2023 roku Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedziało, że z uwagi na art. 156 § 2 k.p.a., czyli upływ trzydziestu lat od doręczenia albo ogłoszenia, nie jest to już możliwe.

Wcześniej urzędnicy poinformowali powódkę, że decyzja wymaga zmiany, bo trzeba w niej wskazać dzisiejszy numer ewidencyjny działki i numer księgi wieczystej. Złożyła wniosek. Nie rozpoznano go w terminie, więc w styczniu 2018 roku znów interweniował sąd administracyjny, stwierdzając bezczynność. Ostatecznie wniosek został cofnięty, bo miasto zmieniło praktykę i przestało tego wymagać.

Przez cały ten czas, jak ustalił sąd, urzędnicy utrzymywali kobietę bez wykształcenia prawniczego, ekonomistkę i muzyka, w przeświadczeniu, że jakieś postępowanie w jej sprawie nadal się toczy i skończy się pomyślnie. Miasto zresztą jeszcze w 2007 roku prowadziło postępowanie dekretowe, mimo że decyzja zapadła w 1969 roku.

I jeszcze jedno ustalenie, krótkie: miasto nigdy nie korzystało z nieruchomości ani z domu, ani nie czyniło tam żadnych nakładów.

Zmiana żądania w połowie procesu

Pozew wysłano 13 lutego 2024 roku. Powódka żądała pierwotnie tego, co przyznawała jej decyzja: zobowiązania miasta do ustanowienia na jej rzecz wieczystego użytkowania na 99 lat, w udziale 3/4, za czynszem symbolicznym.

W maju 2025 roku zmieniła powództwo. Żądanie o wieczyste użytkowanie stało się żądaniem ewentualnym, a na pierwszy plan wysunęło się co innego: przeniesienie udziału 3/4 w prawie własności gruntu.

Powód tej zmiany leży w ustawie z 20 lipca 2018 roku o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności. Jej art. 23 mówi, że jeśli wniosek dekretowy zostanie uwzględniony po 1 stycznia 2019 roku, uprawnionemu przenosi się prawo własności gruntu, a nie, jak przez dziesięciolecia, użytkowanie wieczyste.

Innymi słowy: przez opóźnienie miasta rodzina dostała więcej, niż przyznawała decyzja z 1969 roku.

Sąd nie miał wątpliwości co do tożsamości nieruchomości. Księga wieczysta wprost wskazuje, z jakiego dawnego wykazu hipotecznego pochodzi grunt. Powierzchnia różni się nieznacznie: decyzja mówiła o 737,88 metra kwadratowego, księga o 742. Sąd uznał, że to efekt udoskonalenia metod pomiarowych na przestrzeni lat, i zauważył, że żadna ze stron tego zresztą nie podnosiła.

Zastrzeżenia z 1969 roku, tysiąc złotych opłaty i opłata za ulepszenie terenu, sąd uznał za bez znaczenia. Pierwsze wynikało z uchwały, której odpisu nawet nie złożono, więc nie wiadomo, czy miała umocowanie ustawowe. Drugie nie zostało wykazane: ani fakt ulepszenia, ani wysokość opłat, ani podstawa prawna ich pobierania.

Przedawnienie, dwa razy odbite

Miasto postawiło wszystko na jeden zarzut. Roszczenie z decyzji z 1969 roku jest majątkowe, a roszczenia majątkowe się przedawniają.

Formalnie miało rację co do zasady. Sąd potwierdził, że roszczenie o zawarcie umowy o ustanowienie wieczystego użytkowania podlega przedawnieniu z art. 117 § 1 k.c., a termin, który do końca 2015 roku wynosił dziesięć lat, od 1 stycznia 2016 roku wynosi sześć lat. Roszczenie nie jest okresowe ani związane z działalnością gospodarczą, więc krótszy termin trzyletni nie wchodzi w grę.

Kluczowe było jednak, od kiedy ten termin biegnie.

Decyzja z 1969 roku nie wskazywała terminu zawarcia umowy. Zwykłe wezwanie do jej zawarcia z art. 455 k.c. nie wystarczało, bo do wykonania decyzji potrzebna była jeszcze jej ostateczność w toku instancji, decyzja podlegała przecież zaskarżeniu. Tak stanowił art. 113 § 1 k.p.a. w brzmieniu z 1969 roku, dziś ta treść mieści się w art. 130 § 1 k.p.a.

A zaświadczenie o ostateczności powódka otrzymała dopiero 3 stycznia 2023 roku, po czterech i pół roku starań i trzech wyrokach sądu administracyjnego. Nie wynika z niego, kiedy decyzja stała się ostateczna, ani na jakich dokumentach organ się oparł.

Sąd wyciągnął z tego wniosek, który przewrócił zarzut: nie ma żadnego dowodu ani przesłanek, by odpowiedzialnie stwierdzić, że gdyby powódka wystąpiła o zaświadczenie wcześniej, to by je otrzymała, ani kiedy organ w ogóle by zareagował. Tym bardziej że organem właściwym był prezydent tego samego miasta, które teraz podnosi przedawnienie, ten sam, który odmówił zaświadczenia i zwlekał tak, że trzeba było go grzywną przymuszać.

Skoro więc nie ma podstaw, by uznać decyzję za ostateczną przed 3 stycznia 2023 roku, to pozew z lutego 2024 roku i zmiana żądania z maja 2025 roku mieszczą się w sześcioletnim terminie z ogromnym zapasem.

Sąd dodał jednak drugą, całkowicie niezależną nogę uzasadnienia: nawet gdyby roszczenie było przedawnione, zarzut i tak by nie zadziałał, bo byłby sprzeczny z zasadami współżycia społecznego z art. 5 k.c.

Powody wymienił dwa. Pierwszy instytucjonalny: władze przez kilkadziesiąt lat z niewiadomych powodów zwlekały z wykonaniem własnej decyzji, po 2000 roku utwierdzały powódkę, że jakieś postępowanie się toczy, kazały jej zmieniać decyzję, a potem z tego wymogu zrezygnowały, a na koniec same próbowały doprowadzić do stwierdzenia jej nieważności, co finał miało dopiero w 2023 roku.

Drugi powód to historia rodziny. Sąd napisał wprost, że wobec tego, co spotkało ojca i matkę powódki, podnoszenie zarzutu przedawnienia przez publiczną osobę prawną nie może znaleźć uznania.

Wyrok zapadł na podstawie art. 64 k.c.: sąd zobowiązał miasto do zawarcia umowy o określonej treści i ustalił, że sam wyrok zastępuje tę umowę. Notariusz nie był już potrzebny.

Miasto zapłaciło powódce 11 817 zł kosztów procesu, w tym 10 800 zł kosztów zastępstwa procesowego, 1 000 zł opłaty od pozwu i 17 zł opłaty skarbowej. Do tego sąd nakazał pobrać od miasta 91 185 zł części opłaty sądowej, od której powódka była zwolniona.

Co z tej historii wynika

Decyzja administracyjna to jeszcze nie prawo do nieruchomości. Korzystne rozstrzygnięcie z 1969 roku nie przeniosło niczego: do tego potrzebna była umowa w formie aktu notarialnego, którą miasto miało zawrzeć i nie zawarło. Kiedy urząd nie wykonuje własnej decyzji, drogą jest powództwo o zobowiązanie do złożenia oświadczenia woli, a wyrok zastępuje wtedy akt notarialny.

Przedawnienie nie biegnie, dopóki roszczenia nie da się dochodzić. Sąd oparł się na tym, że decyzja podlega wykonaniu dopiero jako ostateczna, a potwierdzenia ostateczności nie dało się uzyskać przez cztery i pół roku, z winy tego samego urzędu. Nie da się zarzucić komuś zwłoki w sytuacji, w której druga strona blokowała mu jedyną drogę.

Zarzut przedawnienia można podnieść, ale nie zawsze się opłaca. Art. 5 k.c. pozwala go zignorować, gdy jest sprzeczny z zasadami współżycia społecznego. Sąd zastosował to wobec podmiotu publicznego, który przez dekady sam nie wykonywał decyzji, utrzymywał uprawnioną w przekonaniu, że sprawa jest w toku, a równolegle próbował tę decyzję unieważnić.

Opóźnienie urzędu bywa korzystne. Gdyby umowę zawarto zgodnie z decyzją, rodzina miałaby użytkowanie wieczyste na 99 lat. Ponieważ wniosek dekretowy uwzględniono dopiero po 1 stycznia 2019 roku, wchodzi art. 23 ustawy z 2018 roku i przenosi się pełną własność gruntu. Warto sprawdzać, czy przepis, który dziś obowiązuje, nie daje więcej niż stary dokument.

Bezczynność urzędu da się przełamać, ale to osobna droga. Zanim ta sprawa w ogóle trafiła do sądu cywilnego, powódka musiała wygrać trzy postępowania przed sądem administracyjnym, doprowadzić do dwukrotnego stwierdzenia bezczynności i do grzywny nałożonej na prezydenta miasta. Dopiero potem miała dokument, od którego liczy się reszta.

Jak to się potoczyło

  1. 21 listopada 1945

    Grunt przechodzi na gminę

    Wchodzi w życie dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy. Wszystkie grunty stają się własnością gminy, budynki wzniesione wcześniej pozostają odrębną własnością.

  2. 9 sierpnia 1946

    Rodzice powódki kupują nieruchomość

    Nabywają ją w częściach równych, już po wejściu w życie dekretu. Dwa dni później ich adwokat składa pierwszy wniosek.

  3. 5 stycznia 1949

    Wniosek dekretowy

    Do Zarządu Miejskiego wpływa wniosek o przyznanie małżeństwu prawa własności czasowej za czynszem symbolicznym.

  4. 1951

    Zbrodnia w tym samym domu

    Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa urządzają w domu kocioł. Ginie tam matka dwuletniej wówczas powódki. Ojciec zostaje skazany na dziewięć lat więzienia i przepadek mienia.

  5. 7 listopada 1969

    Decyzja korzystna, wreszcie

    Prezydium Rady Narodowej przyznaje ojcu i córce po połowie wieczyste użytkowanie gruntu na 99 lat, pod sześcioizbowym budynkiem o powierzchni 150 metrów kwadratowych. Umowa notarialna ma być zawarta w przyszłości.

  6. 2018-2023

    Cztery i pół roku o jedno zaświadczenie

    Prezydent odmawia stwierdzenia, że decyzja jest ostateczna. Trzy wyroki sądu administracyjnego, dwa razy stwierdzona bezczynność, raz grzywna 2 000 zł. Zaświadczenie wydano 3 stycznia 2023 roku.

  7. 13 lutego 2024

    Pozew

    Powódka żąda zobowiązania miasta do złożenia oświadczenia woli. Miasto odpowiada zarzutem przedawnienia.

  8. 29 października 2025

    Wyrok zamiast aktu notarialnego

    Sąd zobowiązuje miasto do przeniesienia 3/4 własności gruntu i ustala, że wyrok zastępuje umowę. Miasto płaci 11 817 zł kosztów procesu i 91 185 zł opłaty sądowej.

Jak orzekł sąd

Sąd Okręgowy w Warszawie uwzględnił żądanie główne. Zobowiązał miasto do zawarcia z powódką umowy przenoszącej na nią udział 3/4 części w prawie własności gruntu, w wykonaniu ostatecznej decyzji z 7 listopada 1969 roku, i ustalił, że wyrok zastępuje tę umowę. Zarzut przedawnienia upadł z dwóch niezależnych powodów. Po pierwsze, roszczenie nie mogło stać się wymagalne przed uzyskaniem zaświadczenia o ostateczności decyzji, a to powódka dostała dopiero 3 stycznia 2023 roku, więc sześcioletni termin nie zdążył upłynąć. Po drugie, nawet gdyby upłynął, podniesienie takiego zarzutu przez publiczną osobę prawną byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego z art. 5 k.c.: to organy przez dziesięciolecia zwlekały z wykonaniem własnej decyzji, utrzymywały powódkę w przekonaniu, że sprawa się toczy, a nawet same próbowały doprowadzić do stwierdzenia jej nieważności.

Podstawa prawna

  • art. 64 k.c.: orzeczenie sądu stwierdzające obowiązek złożenia oświadczenia woli zastępuje to oświadczenie
  • art. 23 ustawy z 20 lipca 2018 r. o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe: przy uwzględnieniu wniosku dekretowego po 1 stycznia 2019 r. przenosi się prawo własności gruntu, a nie użytkowanie wieczyste
  • art. 117 § 1 i art. 118 k.c.: roszczenia majątkowe przedawniają się; termin od 1 stycznia 2016 r. wynosi sześć lat
  • art. 120 § 1 k.c.: bieg przedawnienia zaczyna się od dnia wymagalności roszczenia
  • art. 130 § 1 k.p.a. (dawniej art. 113 § 1 k.p.a.): wykonaniu podlega decyzja ostateczna, poza wypadkiem rygoru natychmiastowej wykonalności
  • art. 5 k.c.: nie można czynić ze swego prawa użytku sprzecznego z zasadami współżycia społecznego; dotyczy to także zarzutu przedawnienia
  • art. 27 ustawy o gospodarce nieruchomościami: przeniesienie praw do nieruchomości wymaga umowy w formie aktu notarialnego

Sąd Okręgowy w Warszawie

Sygnatura akt: I C 340/24

Sprawdź pełną treść wyroku w bazie SAOS →

Czytaj dalej


Czterokondygnacyjna warszawska kamienica z podwórkiem, na parterze zamknięte drzwi, obok wąski pas niezabudowanego gruntu ogrodzony siatką
Historia z sądu
Nieruchomości

Mieli prawomocną decyzję z 2013 roku. Przegrali proces, bo zażądali za mało

Prezydent miasta prawomocną decyzją z grudnia 2013 roku ustanowił na rzecz rodzeństwa użytkowanie wieczyste na 99 lat, z czynszem symbolicznym 105,68 zł i 83 zł rocznie. Umowy u notariusza nigdy nie zawarto. Po dziesięciu latach poszli do sądu, żeby wyrok zastąpił tę umowę.

I C 111/25 →
Mężczyzna po czterdziestce stoi w drzwiach skromnego mieszkania komunalnego, w ręku trzyma kopertę z pismem z urzędu, za nim widać puste, wysprzątane pokoje
Historia z sądu
Nieruchomości

Gmina wpisała go do umowy jako uprawnionego. Gdy babcia zmarła, kazała mu się wynieść

Gmina chciała odzyskać lokal socjalny, w którym mieszkał 39-letni bezrobotny mężczyzna. Pytanie brzmiało: czy właściciel może żądać eksmisji z lokalu, do którego sam był zobowiązany dać temu człowiekowi umowę, i nigdy tego nie zrobił.

III Ca 899/25 →
Betonowy słup wysokiego napięcia stojący pośrodku niezabudowanej działki na skraju miasta, dwutorowa linia przecina teren nad koronami drzew
Historia z sądu
Nieruchomości

Linia 110 kV wisi nad ich działką od lat 60. Spółka przegrała, bo nigdy nie powiedziała, że jest jej

Małżeństwo domagało się wynagrodzenia za sześć lat bezumownego korzystania z ich gruntu przez spółkę energetyczną. Spółka broniła się zarzutem zasiedzenia służebności przesyłu i przyniosła do sądu dokumenty z lat 50. i 60.

I C 6/21 →
Szeroki wykarczowany pas w środku sosnowego lasu, nad nim wysokie słupy linii wysokiego napięcia, poranna mgła
Historia z sądu
Nieruchomości

Urząd zmienił zdanie po pięciu latach. Rachunek poszedł do właściciela gruntu

Gmina uznała, że las pod liniami wysokiego napięcia jest zajęty na działalność gospodarczą, i wymierzyła podatek od nieruchomości zamiast leśnego. Pytanie brzmiało, kto ma zapłacić różnicę i czy roszczenie zdążyło się przedawnić.

I AGa 197/23 →