Jak czytać tę historię. Opisujemy prawdziwy wyrok, ale imiona, wygląd bohaterów, dialogi i szczegóły tła wymyśliliśmy i celowo podkoloryzowaliśmy, żeby dało się to czytać jak opowieść. Bez zmian zostaje to, co najważniejsze: sąd, sygnatura, data, kwoty, podstawa prawna i rozstrzygnięcie: te pochodzą wprost z orzeczenia, które możesz sprawdzić pod linkiem na końcu.
To nie jest porada prawna. W swojej sprawie skonsultuj się z adwokatem lub radcą prawnym Nawet drobna różnica w faktach potrafi odwrócić wynik.
Kto jest kim
Imiona, twarze i szczegóły są wymyślone. Role w sprawie: prawdziwe.
-
Barbara Iwaszkiewicz
powódka
Urodzona w 1949 roku, z zawodu ekonomistka i muzyk. Miała dwa lata, gdy jej matkę zamordowano w rodzinnym domu. O wykonanie decyzji z 1969 roku walczyła przez ostatnie kilkanaście lat życia, w tym cztery i pół roku o samo zaświadczenie.
-
Ojciec powódki
drugi uprawniony z decyzji, zmarły w 1982 roku
Żołnierz września 1939, ranny, przedostał się na Zachód, walczył pod Narwikiem, przeszkolony jako cichociemny, zrzucony do kraju w 1942 roku, żołnierz Armii Krajowej. Po wojnie aresztowany i skazany na dziewięć lat więzienia oraz przepadek całego mienia; wyrok uchylono w 1956 roku.
-
Miasto stołeczne Warszawa
pozwane
Właściciel gruntu od 1990 roku. Nigdy nie korzystało z nieruchomości ani z domu, nie czyniło tam nakładów. W procesie broniło się wyłącznie zarzutem przedawnienia.
-
Sąd Okręgowy w Warszawie
sąd pierwszej instancji
Odrzucił zarzut przedawnienia dwoma niezależnymi argumentami i sam wydał wyrok zastępujący umowę notarialną.
Miała dwa lata, kiedy w tym domu zginęła jej matka.
Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa urządzili w budynku przy podwarszawskiej ulicy “kocioł”: pułapkę, w której siedzi się dniami i czeka, aż ktoś zapuka. W 1951 roku zabili tam kobietę, która była matką dwuletniego dziecka. Jej mąż siedział wtedy w areszcie po ciężkim śledztwie. Skazano go na dziewięć lat więzienia i przepadek całego mienia za czyny, których nie popełnił. Wyrok uchylił Sąd Najwyższy w 1956 roku.
Ten sam dom, ten sam grunt, sześćdziesiąt kilka lat później, stał się przedmiotem procesu o sto siedemdziesiąt kilka metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej i 742 metry działki. Po drugiej stronie sali siedziało miasto stołeczne Warszawa, które broniło się jednym argumentem: za późno.
Kto był ojcem powódki
Zanim to wszystko się wydarzyło, człowiek ten walczył we wrześniu 1939 roku i został ranny. Przedostał się na Zachód, brał udział w bitwie o Narwik, potem trafił do Wielkiej Brytanii. Tam zgłosił się na ochotnika na kurs, po którym zostawał się cichociemnym: skoczkiem spadochronowym zrzucanym nad okupowanym krajem, z perspektywą nie tylko śmierci, ale tortur w razie schwytania.
Zrzucono go w 1942 roku. Działał w Armii Krajowej. Po klęsce powstania, w 1945 roku, aresztowano go po raz pierwszy, zwolniono, a on ujawnił swoją przynależność do organizacji.
Postępująca stalinizacja przyniosła drugie aresztowanie i wszystko, co potem.
Sąd Okręgowy w Warszawie opisał to w uzasadnieniu wyroku z 2025 roku i nie użył ostrożnych sformułowań. Napisał, że funkcjonariusze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, “przecież też, przynajmniej w znacznej większości, Polacy”, dopuścili się na tej rodzinie zbrodni.
Dodał jeszcze jedno zdanie, które tłumaczy pół wieku bezczynności. Że w tych okolicznościach zrozumiałe stają się obawy przed bardziej stanowczymi próbami dochodzenia swoich praw, jakie od 1969 roku aż do śmierci w 1982 roku miał ojciec powódki.
Papier, który nigdy nie stał się umową
Grunt przy tej ulicy przeszedł na własność gminy 21 listopada 1945 roku, z mocy dekretu o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy. Dekret zabrał grunty, ale zostawił właścicielom dwie rzeczy: budynki wzniesione przed jego wejściem w życie pozostawały odrębną nieruchomością, a dotychczasowi właściciele mogli złożyć wniosek o przyznanie im prawa do gruntu.
Rodzice powódki kupili tę nieruchomość 9 sierpnia 1946 roku, już po dekrecie. Dwa dni później ich adwokat złożył pierwsze pismo. W styczniu 1949 roku wpłynął wniosek właściwy: o przyznanie prawa własności czasowej za czynszem symbolicznym.
Potem nastąpiła cisza, z której wyrwały rodzinę wydarzenia opisane wyżej. W 1955 roku urząd potwierdził tylko tyle, że wniosek nie został jeszcze rozpatrzony, a dom nie został przejęty na własność Skarbu Państwa.
Rozstrzygnięcie przyszło 7 listopada 1969 roku. Prezydium Rady Narodowej uchyliło wcześniejszą, odmowną decyzję z 1967 roku i przyznało ojcu w połowie oraz córce w połowie wieczyste użytkowanie gruntu na 99 lat, pod sześcioizbowym budynkiem mieszkalnym o powierzchni 150 metrów kwadratowych.
Decyzja zapowiadała, że w przyszłości zostanie zawarta umowa, w której ustali się prawa i obowiązki stron. Przewidywała opłatę jednorazową w kwocie 1 000 ówczesnych złotych, płatną przed zawarciem aktu notarialnego, i zastrzegała obowiązek uiszczania opłaty rocznej z tytułu ulepszenia terenu, gdyby państwo doprowadziło drogi, kanalizację, wodociągi, elektryczność czy gaz.
Do aktu notarialnego nigdy nie doszło.
Ojciec zmarł w 1982 roku. Powódka odziedziczyła po nim połowę jego udziału, a wcześniej, po matce, trzy czwarte. W sumie: 3/4 części.
Cztery i pół roku o jedno zaświadczenie
Żeby wykonać decyzję administracyjną, trzeba wiedzieć, że jest ostateczna. To był kolejny mur.
W sierpniu 2018 roku powódka wystąpiła o zaświadczenie stwierdzające ostateczność decyzji z 1969 roku. Prezydent miasta odmówił, powołując się na brak dokumentów potwierdzających doręczenie odpisów. Samorządowe Kolegium Odwoławcze odmowę utrzymało.
W kwietniu 2019 roku wojewódzki sąd administracyjny uchylił oba orzeczenia. Uzasadnienie było zdroworozsądkowe: organ oparł się wyłącznie na braku dowodów doręczenia, a nie rozważył, czy wniosku o ostateczności decyzji nie da się wyprowadzić z innych dokumentów, na które powódka zresztą wskazywała.
Potem organ przestał odpowiadać. W czerwcu 2021 roku sąd administracyjny zobowiązał prezydenta do rozpoznania wniosku i stwierdził bezczynność z rażącym naruszeniem prawa. W maju 2022 roku, po kolejnej skardze, wymierzył prezydentowi grzywnę 2 000 zł i znów stwierdził bezczynność.
Zaświadczenie wydano 3 stycznia 2023 roku.
Równolegle działy się rzeczy jeszcze dziwniejsze. Miasto samo wystąpiło o wszczęcie postępowania w sprawie stwierdzenia nieważności decyzji z 1969 roku, tej korzystnej dla powódki, i wcześniejszej z 1967 roku. W lutym 2023 roku Ministerstwo Sprawiedliwości odpowiedziało, że z uwagi na art. 156 § 2 k.p.a., czyli upływ trzydziestu lat od doręczenia albo ogłoszenia, nie jest to już możliwe.
Wcześniej urzędnicy poinformowali powódkę, że decyzja wymaga zmiany, bo trzeba w niej wskazać dzisiejszy numer ewidencyjny działki i numer księgi wieczystej. Złożyła wniosek. Nie rozpoznano go w terminie, więc w styczniu 2018 roku znów interweniował sąd administracyjny, stwierdzając bezczynność. Ostatecznie wniosek został cofnięty, bo miasto zmieniło praktykę i przestało tego wymagać.
Przez cały ten czas, jak ustalił sąd, urzędnicy utrzymywali kobietę bez wykształcenia prawniczego, ekonomistkę i muzyka, w przeświadczeniu, że jakieś postępowanie w jej sprawie nadal się toczy i skończy się pomyślnie. Miasto zresztą jeszcze w 2007 roku prowadziło postępowanie dekretowe, mimo że decyzja zapadła w 1969 roku.
I jeszcze jedno ustalenie, krótkie: miasto nigdy nie korzystało z nieruchomości ani z domu, ani nie czyniło tam żadnych nakładów.
Zmiana żądania w połowie procesu
Pozew wysłano 13 lutego 2024 roku. Powódka żądała pierwotnie tego, co przyznawała jej decyzja: zobowiązania miasta do ustanowienia na jej rzecz wieczystego użytkowania na 99 lat, w udziale 3/4, za czynszem symbolicznym.
W maju 2025 roku zmieniła powództwo. Żądanie o wieczyste użytkowanie stało się żądaniem ewentualnym, a na pierwszy plan wysunęło się co innego: przeniesienie udziału 3/4 w prawie własności gruntu.
Powód tej zmiany leży w ustawie z 20 lipca 2018 roku o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe w prawo własności. Jej art. 23 mówi, że jeśli wniosek dekretowy zostanie uwzględniony po 1 stycznia 2019 roku, uprawnionemu przenosi się prawo własności gruntu, a nie, jak przez dziesięciolecia, użytkowanie wieczyste.
Innymi słowy: przez opóźnienie miasta rodzina dostała więcej, niż przyznawała decyzja z 1969 roku.
Sąd nie miał wątpliwości co do tożsamości nieruchomości. Księga wieczysta wprost wskazuje, z jakiego dawnego wykazu hipotecznego pochodzi grunt. Powierzchnia różni się nieznacznie: decyzja mówiła o 737,88 metra kwadratowego, księga o 742. Sąd uznał, że to efekt udoskonalenia metod pomiarowych na przestrzeni lat, i zauważył, że żadna ze stron tego zresztą nie podnosiła.
Zastrzeżenia z 1969 roku, tysiąc złotych opłaty i opłata za ulepszenie terenu, sąd uznał za bez znaczenia. Pierwsze wynikało z uchwały, której odpisu nawet nie złożono, więc nie wiadomo, czy miała umocowanie ustawowe. Drugie nie zostało wykazane: ani fakt ulepszenia, ani wysokość opłat, ani podstawa prawna ich pobierania.
Przedawnienie, dwa razy odbite
Miasto postawiło wszystko na jeden zarzut. Roszczenie z decyzji z 1969 roku jest majątkowe, a roszczenia majątkowe się przedawniają.
Formalnie miało rację co do zasady. Sąd potwierdził, że roszczenie o zawarcie umowy o ustanowienie wieczystego użytkowania podlega przedawnieniu z art. 117 § 1 k.c., a termin, który do końca 2015 roku wynosił dziesięć lat, od 1 stycznia 2016 roku wynosi sześć lat. Roszczenie nie jest okresowe ani związane z działalnością gospodarczą, więc krótszy termin trzyletni nie wchodzi w grę.
Kluczowe było jednak, od kiedy ten termin biegnie.
Decyzja z 1969 roku nie wskazywała terminu zawarcia umowy. Zwykłe wezwanie do jej zawarcia z art. 455 k.c. nie wystarczało, bo do wykonania decyzji potrzebna była jeszcze jej ostateczność w toku instancji, decyzja podlegała przecież zaskarżeniu. Tak stanowił art. 113 § 1 k.p.a. w brzmieniu z 1969 roku, dziś ta treść mieści się w art. 130 § 1 k.p.a.
A zaświadczenie o ostateczności powódka otrzymała dopiero 3 stycznia 2023 roku, po czterech i pół roku starań i trzech wyrokach sądu administracyjnego. Nie wynika z niego, kiedy decyzja stała się ostateczna, ani na jakich dokumentach organ się oparł.
Sąd wyciągnął z tego wniosek, który przewrócił zarzut: nie ma żadnego dowodu ani przesłanek, by odpowiedzialnie stwierdzić, że gdyby powódka wystąpiła o zaświadczenie wcześniej, to by je otrzymała, ani kiedy organ w ogóle by zareagował. Tym bardziej że organem właściwym był prezydent tego samego miasta, które teraz podnosi przedawnienie, ten sam, który odmówił zaświadczenia i zwlekał tak, że trzeba było go grzywną przymuszać.
Skoro więc nie ma podstaw, by uznać decyzję za ostateczną przed 3 stycznia 2023 roku, to pozew z lutego 2024 roku i zmiana żądania z maja 2025 roku mieszczą się w sześcioletnim terminie z ogromnym zapasem.
Sąd dodał jednak drugą, całkowicie niezależną nogę uzasadnienia: nawet gdyby roszczenie było przedawnione, zarzut i tak by nie zadziałał, bo byłby sprzeczny z zasadami współżycia społecznego z art. 5 k.c.
Powody wymienił dwa. Pierwszy instytucjonalny: władze przez kilkadziesiąt lat z niewiadomych powodów zwlekały z wykonaniem własnej decyzji, po 2000 roku utwierdzały powódkę, że jakieś postępowanie się toczy, kazały jej zmieniać decyzję, a potem z tego wymogu zrezygnowały, a na koniec same próbowały doprowadzić do stwierdzenia jej nieważności, co finał miało dopiero w 2023 roku.
Drugi powód to historia rodziny. Sąd napisał wprost, że wobec tego, co spotkało ojca i matkę powódki, podnoszenie zarzutu przedawnienia przez publiczną osobę prawną nie może znaleźć uznania.
Wyrok zapadł na podstawie art. 64 k.c.: sąd zobowiązał miasto do zawarcia umowy o określonej treści i ustalił, że sam wyrok zastępuje tę umowę. Notariusz nie był już potrzebny.
Miasto zapłaciło powódce 11 817 zł kosztów procesu, w tym 10 800 zł kosztów zastępstwa procesowego, 1 000 zł opłaty od pozwu i 17 zł opłaty skarbowej. Do tego sąd nakazał pobrać od miasta 91 185 zł części opłaty sądowej, od której powódka była zwolniona.
Co z tej historii wynika
Decyzja administracyjna to jeszcze nie prawo do nieruchomości. Korzystne rozstrzygnięcie z 1969 roku nie przeniosło niczego: do tego potrzebna była umowa w formie aktu notarialnego, którą miasto miało zawrzeć i nie zawarło. Kiedy urząd nie wykonuje własnej decyzji, drogą jest powództwo o zobowiązanie do złożenia oświadczenia woli, a wyrok zastępuje wtedy akt notarialny.
Przedawnienie nie biegnie, dopóki roszczenia nie da się dochodzić. Sąd oparł się na tym, że decyzja podlega wykonaniu dopiero jako ostateczna, a potwierdzenia ostateczności nie dało się uzyskać przez cztery i pół roku, z winy tego samego urzędu. Nie da się zarzucić komuś zwłoki w sytuacji, w której druga strona blokowała mu jedyną drogę.
Zarzut przedawnienia można podnieść, ale nie zawsze się opłaca. Art. 5 k.c. pozwala go zignorować, gdy jest sprzeczny z zasadami współżycia społecznego. Sąd zastosował to wobec podmiotu publicznego, który przez dekady sam nie wykonywał decyzji, utrzymywał uprawnioną w przekonaniu, że sprawa jest w toku, a równolegle próbował tę decyzję unieważnić.
Opóźnienie urzędu bywa korzystne. Gdyby umowę zawarto zgodnie z decyzją, rodzina miałaby użytkowanie wieczyste na 99 lat. Ponieważ wniosek dekretowy uwzględniono dopiero po 1 stycznia 2019 roku, wchodzi art. 23 ustawy z 2018 roku i przenosi się pełną własność gruntu. Warto sprawdzać, czy przepis, który dziś obowiązuje, nie daje więcej niż stary dokument.
Bezczynność urzędu da się przełamać, ale to osobna droga. Zanim ta sprawa w ogóle trafiła do sądu cywilnego, powódka musiała wygrać trzy postępowania przed sądem administracyjnym, doprowadzić do dwukrotnego stwierdzenia bezczynności i do grzywny nałożonej na prezydenta miasta. Dopiero potem miała dokument, od którego liczy się reszta.
Jak to się potoczyło
-
21 listopada 1945
Grunt przechodzi na gminę
Wchodzi w życie dekret o własności i użytkowaniu gruntów na obszarze m.st. Warszawy. Wszystkie grunty stają się własnością gminy, budynki wzniesione wcześniej pozostają odrębną własnością.
-
9 sierpnia 1946
Rodzice powódki kupują nieruchomość
Nabywają ją w częściach równych, już po wejściu w życie dekretu. Dwa dni później ich adwokat składa pierwszy wniosek.
-
5 stycznia 1949
Wniosek dekretowy
Do Zarządu Miejskiego wpływa wniosek o przyznanie małżeństwu prawa własności czasowej za czynszem symbolicznym.
-
1951
Zbrodnia w tym samym domu
Funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa urządzają w domu kocioł. Ginie tam matka dwuletniej wówczas powódki. Ojciec zostaje skazany na dziewięć lat więzienia i przepadek mienia.
-
7 listopada 1969
Decyzja korzystna, wreszcie
Prezydium Rady Narodowej przyznaje ojcu i córce po połowie wieczyste użytkowanie gruntu na 99 lat, pod sześcioizbowym budynkiem o powierzchni 150 metrów kwadratowych. Umowa notarialna ma być zawarta w przyszłości.
-
2018-2023
Cztery i pół roku o jedno zaświadczenie
Prezydent odmawia stwierdzenia, że decyzja jest ostateczna. Trzy wyroki sądu administracyjnego, dwa razy stwierdzona bezczynność, raz grzywna 2 000 zł. Zaświadczenie wydano 3 stycznia 2023 roku.
-
13 lutego 2024
Pozew
Powódka żąda zobowiązania miasta do złożenia oświadczenia woli. Miasto odpowiada zarzutem przedawnienia.
-
29 października 2025
Wyrok zamiast aktu notarialnego
Sąd zobowiązuje miasto do przeniesienia 3/4 własności gruntu i ustala, że wyrok zastępuje umowę. Miasto płaci 11 817 zł kosztów procesu i 91 185 zł opłaty sądowej.
Jak orzekł sąd
Sąd Okręgowy w Warszawie uwzględnił żądanie główne. Zobowiązał miasto do zawarcia z powódką umowy przenoszącej na nią udział 3/4 części w prawie własności gruntu, w wykonaniu ostatecznej decyzji z 7 listopada 1969 roku, i ustalił, że wyrok zastępuje tę umowę. Zarzut przedawnienia upadł z dwóch niezależnych powodów. Po pierwsze, roszczenie nie mogło stać się wymagalne przed uzyskaniem zaświadczenia o ostateczności decyzji, a to powódka dostała dopiero 3 stycznia 2023 roku, więc sześcioletni termin nie zdążył upłynąć. Po drugie, nawet gdyby upłynął, podniesienie takiego zarzutu przez publiczną osobę prawną byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego z art. 5 k.c.: to organy przez dziesięciolecia zwlekały z wykonaniem własnej decyzji, utrzymywały powódkę w przekonaniu, że sprawa się toczy, a nawet same próbowały doprowadzić do stwierdzenia jej nieważności.
Podstawa prawna
- art. 64 k.c.: orzeczenie sądu stwierdzające obowiązek złożenia oświadczenia woli zastępuje to oświadczenie
- art. 23 ustawy z 20 lipca 2018 r. o przekształceniu prawa użytkowania wieczystego gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe: przy uwzględnieniu wniosku dekretowego po 1 stycznia 2019 r. przenosi się prawo własności gruntu, a nie użytkowanie wieczyste
- art. 117 § 1 i art. 118 k.c.: roszczenia majątkowe przedawniają się; termin od 1 stycznia 2016 r. wynosi sześć lat
- art. 120 § 1 k.c.: bieg przedawnienia zaczyna się od dnia wymagalności roszczenia
- art. 130 § 1 k.p.a. (dawniej art. 113 § 1 k.p.a.): wykonaniu podlega decyzja ostateczna, poza wypadkiem rygoru natychmiastowej wykonalności
- art. 5 k.c.: nie można czynić ze swego prawa użytku sprzecznego z zasadami współżycia społecznego; dotyczy to także zarzutu przedawnienia
- art. 27 ustawy o gospodarce nieruchomościami: przeniesienie praw do nieruchomości wymaga umowy w formie aktu notarialnego
Czytaj dalej
Historia z sądu Mieli prawomocną decyzję z 2013 roku. Przegrali proces, bo zażądali za mało
Prezydent miasta prawomocną decyzją z grudnia 2013 roku ustanowił na rzecz rodzeństwa użytkowanie wieczyste na 99 lat, z czynszem symbolicznym 105,68 zł i 83 zł rocznie. Umowy u notariusza nigdy nie zawarto. Po dziesięciu latach poszli do sądu, żeby wyrok zastąpił tę umowę.
Historia z sądu Gmina wpisała go do umowy jako uprawnionego. Gdy babcia zmarła, kazała mu się wynieść
Gmina chciała odzyskać lokal socjalny, w którym mieszkał 39-letni bezrobotny mężczyzna. Pytanie brzmiało: czy właściciel może żądać eksmisji z lokalu, do którego sam był zobowiązany dać temu człowiekowi umowę, i nigdy tego nie zrobił.
Historia z sądu Linia 110 kV wisi nad ich działką od lat 60. Spółka przegrała, bo nigdy nie powiedziała, że jest jej
Małżeństwo domagało się wynagrodzenia za sześć lat bezumownego korzystania z ich gruntu przez spółkę energetyczną. Spółka broniła się zarzutem zasiedzenia służebności przesyłu i przyniosła do sądu dokumenty z lat 50. i 60.
Historia z sądu Urząd zmienił zdanie po pięciu latach. Rachunek poszedł do właściciela gruntu
Gmina uznała, że las pod liniami wysokiego napięcia jest zajęty na działalność gospodarczą, i wymierzyła podatek od nieruchomości zamiast leśnego. Pytanie brzmiało, kto ma zapłacić różnicę i czy roszczenie zdążyło się przedawnić.