Jak czytać tę historię. Opisujemy prawdziwy wyrok, ale imiona, wygląd bohaterów, dialogi i szczegóły tła wymyśliliśmy i celowo podkoloryzowaliśmy, żeby dało się to czytać jak opowieść. Bez zmian zostaje to, co najważniejsze: sąd, sygnatura, data, kwoty, podstawa prawna i rozstrzygnięcie: te pochodzą wprost z orzeczenia, które możesz sprawdzić pod linkiem na końcu.
To nie jest porada prawna. W swojej sprawie skonsultuj się z adwokatem lub radcą prawnym Nawet drobna różnica w faktach potrafi odwrócić wynik.
Kto jest kim
Imiona, twarze i szczegóły są wymyślone. Role w sprawie: prawdziwe.
-
Roman Rutkowski
powód
Mieszkał w domu od 1997 roku z partnerką i dwójką dzieci. Dozorował nieruchomość, robił naprawy, płacił 250 zł miesięcznie i przez sześć lat składał się na zakup domu.
-
Stanisław Zaręba
właściciel nieruchomości (zmarł w toku sprawy)
Wpuścił Romana do domu na prośbę własnej córki. Sześć lat później podpisał z nim umowę przedwstępną sprzedaży, a w 2007 roku jednym pismem rozwiązał wszystko ze skutkiem natychmiastowym.
-
Barbara Fijałkowska i pozostali spadkobiercy
pozwani
Po śmierci Stanisława weszli do procesu na jego miejsce. To jego córka wraz z mężem kiedyś poprosiła ojca, żeby wpuścił Romana do domu.
-
Sąd Apelacyjny w Krakowie
sąd drugiej instancji
Przyjął wszystkie ustalenia faktyczne sądu niższej instancji za własne, i mimo to doszedł do zupełnie innego wniosku prawnego.
Dom stał na obrzeżach Krakowa, stary, z zabudowaniami gospodarczymi i studnią na podwórku. Jesienią 1997 roku Roman Rutkowski wprowadził się tam z partnerką i dwójką dzieci. Nie był właścicielem. Nie był też do końca najemcą, przynajmniej nie na papierze.
Umowa, którą podpisał ze Stanisławem Zarębą, była dziwna. Roman dostawał dom do używania wraz z prawem korzystania ze studni i urządzeń sanitarnych. W zamian zobowiązywał się do stałego dozorowania nieruchomości i wykonywania napraw niezbędnych do utrzymania jej w stanie niepogorszonym. O pieniądzach dokument milczał.
Ale pieniądze były. Co miesiąc, przez dziesięć lat, Roman przekazywał Stanisławowi 250 złotych. Niewiele, ale regularnie. To właśnie te 250 złotych miało po piętnastu latach zadecydować o wyniku sprawy o osiemdziesiąt tysięcy.
Sześć lat wpłat
W lutym 2003 roku obaj panowie podpisali coś poważniejszego: umowę przedwstępną sprzedaży. Dom, zabudowania gospodarcze, działka, cena ustalona ostatecznie na 100 000 zł. Zwykła forma pisemna, bez notariusza.
Roman zaczął wpłacać. Rata po racie, przez kolejne lata. Stanisław każdorazowo kwitował odbiór. Do 2007 roku uzbierało się 80 000 zł, cztery piąte ceny domu, w którym Roman mieszkał już wtedy dekadę.
Z jego perspektywy wszystko było jasne: mieszka we własnym, prawie już spłaconym domu. Dogląda go, remontuje, płaci. Została ostatnia piąta część i wizyta u notariusza.
Pismo z 26 marca
Wiosną 2007 roku przyszło pismo.
Stanisław Zaręba informował, że w nawiązaniu do rozmowy z 23 marca rozwiązuje umowę z 1997 roku ze skutkiem natychmiastowym. Podstawa: paragraf 5 ustęp 3 tamtej umowy, rażące niewykonywanie obowiązków dozorowania. Jednocześnie, “wychodząc naprzeciw prośbie”, wyrażał zgodę na zajmowanie nieruchomości w nieprzekraczalnym terminie do 31 maja 2007 roku.
Dwa miesiące na wyprowadzkę z domu, na który wpłaciło się 80 tysięcy złotych.
O umowie przedwstępnej pismo nie wspominało ani słowem. Formalnie dotyczyło tylko tego pierwszego, dziwnego dokumentu z 1997 roku, tego o dozorowaniu i studni.
Roman odpowiedział przez pełnomocnika: umowa z 1997 roku, z uwagi na swój charakter, jest w rzeczywistości umową najmu, a więc rozwiązanie jej takim pismem jest nieważne. W lutym 2008 roku odstąpił od umowy przedwstępnej i wezwał Stanisława do zwrotu 80 000 zł.
Pieniądze nie wróciły. Sprawa poszła do sądu. W jej trakcie Stanisław Zaręba zmarł, na jego miejsce w procesie weszli spadkobiercy, w tym Barbara Fijałkowska, ta sama córka, która kiedyś poprosiła ojca, żeby wpuścił Romana do domu.
Pierwsza instancja: wygrana, która była przegraną
Sąd Okręgowy w Krakowie przyznał Romanowi rację co do zasady. Skoro do zawarcia umowy przyrzeczonej nie doszło, zamierzony cel świadczenia nie został osiągnięty, a to klasyczny przypadek nienależnego świadczenia z art. 410 § 2 k.c. Osiemdziesiąt tysięcy trzeba zwrócić. Zarzut przedawnienia sąd odrzucił: przy nienależnym świadczeniu termin wynosi dziesięć lat i jeszcze nie upłynął.
I tu przyszedł cios.
Spadkobierczynie podniosły zarzut potrącenia. Ich argument: skoro umowa z 1997 roku została skutecznie rozwiązana w marcu 2007, to od czerwca tego roku Roman mieszkał w domu bez żadnego tytułu prawnego. A za bezumowne korzystanie z cudzej nieruchomości się płaci, według stawek rynkowych.
Sąd Okręgowy się zgodził. Uznał, że umowa z 1997 roku była użyczeniem, nie najmem: intencją Stanisława było wpuszczenie Romana do domu, żeby mógł tam zamieszkać z rodziną, a stało się to na prośbę jego córki. Skoro użyczenie, to nie chroni go ustawa o ochronie praw lokatorów. Skoro nie chroni, wypowiedzenie było skuteczne.
Biegła wyliczyła rynkowy czynsz za okres od czerwca 2007 do marca 2010, momentu sprzedaży nieruchomości. Wyszło 40 999 zł.
Osiemdziesiąt tysięcy minus czterdzieści tysięcy dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć. Sąd zasądził Romanowi 39 001 zł. Nieco mniej niż połowę tego, co wpłacił.
Apelacja: te same fakty, inny wniosek
Roman się odwołał. Sąd Apelacyjny w Krakowie zrobił rzecz, która w uzasadnieniach zdarza się rzadko i brzmi paradoksalnie: przyjął wszystkie ustalenia faktyczne sądu pierwszej instancji za własne, i doszedł na ich podstawie do zupełnie innego wniosku prawnego.
Spór nie dotyczył bowiem tego, co się wydarzyło. Dotyczył tego, jak to nazwać.
Użyczenie, tłumaczył sąd, jest z natury nieodpłatne. Użyczający pozbawia się użytku z rzeczy i nie dostaje w zamian żadnej korzyści; to umowa bezinteresownej pomocy. Najem natomiast (art. 659 § 1 k.c.) polega na oddaniu rzeczy do używania w zamian za czynsz. A § 2 tego przepisu dodaje coś, co okazało się kluczowe: czynsz może być oznaczony w pieniądzach lub w świadczeniach innego rodzaju.
Roman dozorował nieruchomość. Robił naprawy. I płacił 250 zł miesięcznie, nawet jeśli umowa o tym nie wspominała, postępowanie dowodowe to potwierdziło.
To nie była bezinteresowna pomoc. To był najem.
Dlaczego jedno pismo nie wystarczyło
Konsekwencja przewróciła całą konstrukcję obrony. Skoro najem, to Romanowi przysługiwał status lokatora w rozumieniu art. 2 ust. 1 ustawy o ochronie praw lokatorów, a lokatorem jest nie tylko najemca, ale każdy, kto używa lokalu na innej podstawie niż prawo własności.
A lokatora nie da się pozbyć zwykłym pismem. Artykuł 11 tej ustawy stawia właścicielowi trzy wymagania naraz:
- wypowiedzenie musi mieć formę pisemną pod rygorem nieważności;
- musi wskazywać przyczynę, i to jedną z tych, które ustawa wprost wymienia;
- przy zaniedbywaniu obowiązków (art. 11 ust. 2 pkt 1) musi je poprzedzać pisemne upomnienie.
Stanisław Zaręba spełnił pierwszy warunek. Dwóch pozostałych nie.
Nigdy nie wysłał Romanowi pisemnego upomnienia, a to był ustawowy obowiązek warunkujący skuteczność późniejszego wypowiedzenia. Jego pismo nie wskazywało też przyczyny z katalogu ustawowego; powoływało się na paragraf własnej umowy, co ustawie nie wystarcza.
Wypowiedzenie było więc nieważne, a skoro nieważne: to stosunek najmu nigdy się nie rozwiązał.
I tu domino przewróciło się do końca. Skoro najem trwał, Roman nie mieszkał w domu bezumownie. Skoro nie bezumownie, spadkobierczyniom nie należało się nic za korzystanie z nieruchomości. Skoro nic się nie należało, nie było czego potrącać.
Sąd Apelacyjny zmienił wyrok i zasądził całe 80 000 zł z odsetkami ustawowymi liczonymi od 4 marca 2008 roku: czyli za ponad cztery lata wstecz. Do tego 3 817 zł kosztów procesu za pierwszą instancję i 2 300 zł za apelację. Pozwane przegrały w całości.
Co z tej historii wynika
Nazwa umowy nie decyduje o tym, czym ona jest. Dokument z 1997 roku nie zawierał słowa “najem” ani słowa “czynsz”, a i tak sąd uznał go za umowę najmu, bo liczy się rzeczywista treść stosunku, nie etykieta. Działa to w obie strony: umowa nazwana “użyczeniem” może być najmem, a “umowa o dzieło” bywa umową o pracę.
Czynszem nie muszą być pieniądze. Dozór, naprawy, opieka nad nieruchomością, art. 659 § 2 k.c. dopuszcza czynsz w świadczeniach innego rodzaju. Jeśli mieszkasz u kogoś “za darmo”, ale coś w zamian robisz, twoja sytuacja prawna może być zupełnie inna, niż obie strony zakładały.
Ochrona lokatorów jest proceduralna. Nie chodzi o to, czy właściciel miał rację, że najemca zaniedbywał obowiązki, sąd pierwszej instancji uznał przecież, że zaniedbywał. Chodzi o to, że ustawa wymaga określonych kroków w określonej kolejności. Brak pisemnego upomnienia wystarczył, żeby wypowiedzenie upadło niezależnie od tego, co działo się faktycznie.
Umowa przedwstępna bez notariusza nie przenosi własności. Roman mógł wpłacić choćby całe 100 000 zł, nadal nie byłby właścicielem. Bez formy aktu notarialnego nie da się nawet sądownie wymusić zawarcia umowy przyrzeczonej; zostaje wyłącznie roszczenie o zwrot wpłaconych pieniędzy.
Przegrana w pierwszej instancji nie jest końcem. Ta sprawa zmieniła się o 40 999 zł na jednym argumencie prawnym, przy niezmienionych ustaleniach faktycznych.
Jak to się potoczyło
-
10 listopada 1997
Umowa, która nie miała nazwy
Roman dostaje dom do używania w zamian za stałe dozorowanie i drobne naprawy. W dokumencie nie ma słowa o czynszu, ale od początku płaci 250 zł miesięcznie.
-
12 lutego 2003
Umowa przedwstępna sprzedaży
Cena ustalona ostatecznie na 100 000 zł. Roman zaczyna wpłacać raty, a Stanisław każdorazowo kwituje odbiór.
-
do 2007 roku
Wpłacone 80 000 zł
Cztery piąte ceny domu. Wszystko na pokwitowaniach.
-
26 marca 2007
Jedno pismo
Stanisław rozwiązuje umowę z 1997 roku ze skutkiem natychmiastowym, powołując się na rażące niewykonywanie obowiązków. Daje Romanowi czas do 31 maja na opuszczenie domu.
-
14 lutego 2008
Odstąpienie i wezwanie do zwrotu
Roman odstępuje od umowy przedwstępnej i żąda zwrotu 80 000 zł.
-
5 sierpnia 2011
Pierwsza instancja: 39 001 zł zamiast 80 000 zł
Sąd Okręgowy uznaje umowę z 1997 roku za użyczenie, a Romana za osobę zajmującą dom bezumownie od czerwca 2007. Potrąca 40 999 zł za bezumowne korzystanie.
-
23 października 2012
Apelacja: całe 80 000 zł
Sąd Apelacyjny stwierdza, że to był najem, Roman był lokatorem, a wypowiedzenie było nieważne. Potrącenie upada w całości.
Jak orzekł sąd
Sąd Apelacyjny zmienił wyrok pierwszej instancji i zasądził na rzecz powoda całe 80 000 zł z odsetkami ustawowymi od 4 marca 2008 r. Uznał, że umowa z 1997 roku była najmem, a nie użyczeniem, bo powód płacił 250 zł miesięcznie i miał obowiązki wobec nieruchomości. To dawało mu status lokatora, a lokatora nie da się wypowiedzieć zwykłym pismem: ustawa wymaga wcześniejszego pisemnego upomnienia i wskazania ustawowej przyczyny. Właściciel nie zrobił ani jednego, ani drugiego, więc wypowiedzenie było nieważne. Skoro najem trwał, powód nie mieszkał tam bezumownie, a zarzut potrącenia o 40 999 zł za bezumowne korzystanie upadł w całości.
Podstawa prawna
- art. 410 § 2 k.c.: nienależne świadczenie, zwrot tego, co wpłacono, gdy zamierzony cel świadczenia (zawarcie umowy przyrzeczonej) nie został osiągnięty
- art. 659 § 1 i 2 k.c.: definicja najmu; czynsz może być oznaczony w pieniądzach lub w świadczeniach innego rodzaju
- art. 2 ust. 1 ustawy o ochronie praw lokatorów: lokatorem jest najemca albo osoba używająca lokalu na innej podstawie niż prawo własności
- art. 11 ust. 1 i ust. 2 pkt 1 ustawy o ochronie praw lokatorów: wypowiedzenie wymaga formy pisemnej pod rygorem nieważności, wskazania ustawowej przyczyny i wcześniejszego pisemnego upomnienia
Czytaj dalej
Historia z sądu Wypożyczalnia znalazła swoje auto zastępcze zakopane w bagnie. Rachunek: dziesięć pozycji
Wypożyczalnia policzyła 11 060,47 zł: holowanie, opłatę za obsługę nocną i osiem kar umownych, od palenia papierosów po wyjazd za granicę. Pytanie brzmiało, które z tych zarzutów da się udowodnić.
1945-1994 Właściciel kamienicy dostał pismo z urzędu. Dowiedział się z niego, kto będzie mieszkał w jego mieszkaniu
W PRL o tym, kto zajmie lokal, decydowała nie umowa najmu, lecz decyzja administracyjna o przydziale. Kwaterunek działał od 1945 do 1994 roku, a prawa wywodzone z tych decyzji funkcjonują w polskich sądach do dziś.
1944-1945 Dekret miał osiem stron i podzielił majątki w kilka tygodni. Spory o niego toczą się osiemdziesiąt lat
Dekret PKWN z 6 września 1944 roku o przeprowadzeniu reformy rolnej przejął majątki powyżej ustalonej wielkości bez odszkodowania. Do dziś jego wykładnia decyduje o sprawach przed sądami administracyjnymi, bo cały spór sprowadza się do tego, co dokładnie dekret obejmował.
Historia z sądu Urzędnik odmówił im gruntu w 1968 roku. Wnuczki dostały wyrok pięćdziesiąt osiem lat później
471 330 zł za pięć mieszkań, których rodzina nigdy nie odzyskała. Spór o to, czy odmowa z 1968 roku jest wciąż przyczyną dzisiejszej straty.