Ekran laptopa z otwartym serwisem plotkarskim, pod artykułem długa lista komentarzy

Portal powtórzył plotkę sprzed czterech lat. Dorzucił dwa słowa i przegrał proces

Dziennikarka telewizyjna żądała przeprosin na stronie głównej portalu, w ramce o dokładnie określonych wymiarach i czcionce, oraz 100.000 zł na cel społeczny. Wydawca wnosił o oddalenie powództwa w całości.

Prawo cywilne Sąd Okręgowy w Warszawie wyrok z 19 czerwca 2026 8 min czytania

Jak czytać tę historię. Opisujemy prawdziwy wyrok, ale imiona, wygląd bohaterów, dialogi i szczegóły tła wymyśliliśmy i celowo podkoloryzowaliśmy, żeby dało się to czytać jak opowieść. Bez zmian zostaje to, co najważniejsze: sąd, sygnatura, data, kwoty, podstawa prawna i rozstrzygnięcie: te pochodzą wprost z orzeczenia, które możesz sprawdzić pod linkiem na końcu.

To nie jest porada prawna. W swojej sprawie skonsultuj się z adwokatem lub radcą prawnym Nawet drobna różnica w faktach potrafi odwrócić wynik.

Warszawa. Sprawa toczyła się przed I Wydziałem Cywilnym Sądu Okręgowego, dwa i pół roku po publikacji.
Warszawa. Sprawa toczyła się przed I Wydziałem Cywilnym Sądu Okręgowego, dwa i pół roku po publikacji.

Kto jest kim

Imiona, twarze i szczegóły są wymyślone. Role w sprawie: prawdziwe.

  • Renata, powódka (postać fikcyjna)

    Renata

    powódka

    Od lat znana dziennikarka informacyjna o ugruntowanej renomie, prowadząca programy informacyjne i publicystyczne. Rozpoznawalność zawdzięcza pracy, a nie dzieleniu się życiem prywatnym.

  • Wydawca serwisu plotkarskiego, pozwany (postać fikcyjna)

    Wydawca serwisu plotkarskiego

    pozwany

    Spółka prowadząca portal publikujący teksty lekkie, często plotkarskie, opisujące życie znanych osób. Bronił się tezą, że artykuł jedynie relacjonował zdarzenia z przeszłości.

  • Sąd Okręgowy w Warszawie

    sąd pierwszej instancji

    Uwzględnił niemal całe roszczenie niemajątkowe i dziesiątą część roszczenia majątkowego, zmieniając przy tym treść przeprosin, żeby nie stygmatyzowały powódki po raz drugi.

Petitum pozwu w sprawach o ochronę dóbr osobistych bywa dokumentem technicznym do granic absurdu, a jednocześnie to właśnie ta drobiazgowość decyduje, czy wygrany proces coś zmieni.

Powódka zażądała przeprosin: na stronie głównej serwisu, stale przez 24 godziny, w ramce widocznej bezpośrednio po wyświetleniu strony, bez konieczności przewijania w dół ani w bok, na środku widocznego obszaru ekranu, o wymiarach 1342 na 320 pikseli, zaczynającej się zaraz pod tytułem i zakładkami serwisu, bez możliwości zamieszczenia reklam, widocznej także wtedy, gdy użytkownik ma zainstalowane oprogramowanie blokujące reklamy, bez technologii flash, czcionką Arial rozmiar 20 punktów, czarną na białym tle.

Każdy z tych warunków ma swoją historię. Każdy powstał dlatego, że kiedyś ktoś opublikował przeprosiny tak, żeby nikt ich nie zobaczył.

Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał opublikowanie przeprosin dokładnie w tej formie, z dwoma wyjątkami. Do jednego z nich wrócę na końcu, bo jest najciekawszy w całej sprawie.

Cztery lata później

Historia ma dwie warstwy.

W marcu 2019 roku trzy serwisy internetowe opublikowały zbliżone treści na temat powódki, znanej dziennikarki informacyjnej prowadzącej programy informacyjne i publicystyczne. Ona pozwała wszystkich trzech wydawców o ochronę dóbr osobistych i uzyskała pozytywne dla siebie rozstrzygnięcia.

Konsekwencje tamtych publikacji sąd opisał krótko. Przełożony poprosił ją o półroczną przerwę w pracy z uwagi na podważenie jej wiarygodności. Bardzo przeżyła zarówno treść artykułów, jak i samą konieczność wycofania się z życia zawodowego. Żarty w gronie współpracowników pojawiły się wtedy i powtarzały bez przerwy przez kolejne lata.

Potem przez ponad cztery lata nie ukazała się na ten temat żadna nowa publikacja.

Aż do 31 października 2023 roku, kiedy serwis plotkarski wrócił do tematu. Artykuł powtarzał dawne twierdzenia, przypisujące powódce udział w bezprawnych, wręcz przestępczych działaniach, i dodawał jedno określenie, którego nie było w żadnej z wcześniejszych publikacji: stygmatyzujące sformułowanie sugerujące jej powiązania ze światem przestępczym.

O artykule dowiedziała się tego samego dnia od koleżanki. Po przeczytaniu, jak zeznała, była wstrząśnięta. Najbardziej ubodło ją właśnie to nowe określenie.

Obrona: my tylko relacjonowaliśmy

Wydawca zbudował obronę na jednej tezie: artykuł jedynie relacjonował zdarzenie z przeszłości, czyli publikację sprzed lat, a czytelnik “otrzymał informację, że ta historia nie jest prawdziwa”.

Sąd sprawdził tekst i stwierdził jednoznacznie: takiej informacji w artykule nie ma. Napisano w nim tylko tyle, że powódka wytoczyła proces wydawcy tamtej gazety i że w efekcie opublikowano przeprosiny.

I tu pada rozumowanie, które warto zacytować, bo jest nieoczywiste. Sam fakt, że wydawca kogoś przeprosił, nie oznacza, że opisana przez niego historia była nieprawdziwa. Powodów przeproszenia bohatera artykułu może być wiele: zmiana redaktora naczelnego, oczekiwanie inwestora, wola ugodowego zakończenia sporu i ograniczenia kosztów procesu. Informacja o przeprosinach nie jest więc sprostowaniem.

Potem sąd zrobił coś, co w sprawach o dobra osobiste zdarza się rzadko, a powinno częściej: sprawdził, jak tekst zrozumieli odbiorcy. Sięgnął po komentarze pod artykułem. Wynikało z nich, że czytelnicy w ogóle nie odczytali tekstu jako relacji o nieprawdziwych informacjach, za które ktoś musiał przeprosić. Z kilkunastu komentarzy wynikało wprost, że ich autorzy uznali opisane działania za zgodne z rzeczywistością. Większość komentarzy była wobec powódki jednoznacznie negatywna.

Wątek o procesie i przeprosinach nie odbił się w komentarzach niemal wcale, poza tym, że czytelnicy zwrócili uwagę na znanego pełnomocnika, który reprezentował powódkę w tamtej sprawie.

Wniosek sądu jest ostry: informacja o dawnym procesie została zamieszczona jedynie po to, aby nadać działaniu autora pozory rzetelności. Prawdziwym celem było przyciągnięcie uwagi odbiorców, czego nie osiągnięto by, gdyby nie powtórzenie samego zarzutu.

Sąd zwrócił też uwagę na tytuł artykułu, w którym padło słowo “skandal”. Pełnomocnik pozwanego przekonywał, że skandalem była tamta nieprawdziwa publikacja. Sąd odpowiedział, że w odbiorze przeciętnego czytelnika skandalem było to, co przypisano powódce, a nie to, że ktoś kiedyś napisał o niej nieprawdę.

Tryb przypuszczający nie chroni

Autor artykułu posłużył się trybem przypuszczającym i sformułowaniami w rodzaju “ponoć” czy “miało dojść”.

Sąd stwierdził, że to nie zmienia znacząco wydźwięku tekstu, a w każdym razie nie uchyla bezprawności. Podobnie powołanie się na wcześniejszą publikację, zwłaszcza gdy nie ma jednoznacznego komunikatu, że tamta publikacja zawierała nieprawdę.

To jedna z najczęstszych iluzji w polskim dziennikarstwie internetowym: przekonanie, że “podobno” jest kamizelką kuloodporną. Nie jest. Liczy się to, co z tekstu wynosi przeciętny odbiorca.

Warto też zauważyć, jak rozłożył się ciężar dowodu. Zgodnie z art. 24 § 1 k.c. powód musi wykazać, że doszło do naruszenia dobra osobistego, a na naruszającym spoczywa obowiązek wykazania, że jego działanie nie było bezprawne. Wydawca tego domniemania nie obalił. Sąd odnotował rzecz uderzającą: pozwany nawet nie usiłował wykazywać prawdziwości zarzucanego powódce działania. Przyznał, że opisane zdarzenia nie miały miejsca.

Nie wykazał też działania w obronie uzasadnionego interesu. Sąd zaznaczył, że gdyby intencją autora było rzetelne zrelacjonowanie tamtych zdarzeń i zwrócenie uwagi odbiorców na bezprawność dawnej publikacji, taka teza być może dałaby się obronić. Ale artykuł został zbudowany inaczej.

Osoba publiczna, czyli jaka

Osobny wątek dotyczył tego, na ile osoba rozpoznawalna musi znosić więcej.

Sąd przyjął rozróżnienie, które w praktyce robi ogromną różnicę. Powódka jest rozpoznawalna, ale nie dążyła własnymi działaniami do statusu celebryty przez dzielenie się z publicznością szczegółami życia prywatnego. Jej rozpoznawalność wynika z pracy zawodowej, z prowadzenia programów informacyjnych i publicystycznych. Nie budowała pozycji na ujawnianiu życia osobistego, a nawet w spornym artykule odnotowano, że jej ślub odbył się w tajemnicy i że nie ma z niego ogólnie dostępnych zdjęć.

Sąd odrzucił też argument, jakoby temat był już wcześniej publicznie znany. Powiadomienie opinii publicznej o wygranej sprawie sądowej to co innego niż powtórzenie treści zarzutu. Nie wykazano, by powódka albo ktoś działający za jej zgodą upublicznił szkalujące ją twierdzenia z dawnych publikacji.

W uzasadnieniu pada przy tej okazji fragment o roli mediów. Prasa nie bez przyczyny nazywana jest czwartą władzą, a rola dziennikarzy, redaktorów i wydawców w demokratycznym społeczeństwie jest nie do przecenienia. Ale, jak napisał sąd, z tą ogromną władzą wiąże się odpowiedzialność. Media realizują prawo społeczeństwa do informacji, a informacje powinny być z zasady prawdziwe, a co najmniej rzetelnie zweryfikowane przed publikacją.

Dlaczego 10 000, a nie 100.000

Roszczenie majątkowe opiewało na 100.000 zł na cel społeczny. Sąd zasądził 10 000 zł.

Punktem wyjścia była uwaga ogólna, o której wiele osób zapomina: przyznanie kompensacji pieniężnej przy naruszeniu dóbr osobistych nie jest regułą. Art. 448 k.c. to przejaw tak zwanego prawa sędziowskiego. Sąd może zasądzić zadośćuczynienie albo sumę na cel społeczny, lecz nie musi. Nie każda krzywda wymaga kompensaty majątkowej.

Po stronie krzywdy sąd uznał za wykazane: silne poczucie krzywdy, urażoną godność i poczucie własnej wartości, przykrość z powodu żartów współpracowników, silne negatywne emocje po lekturze komentarzy, wreszcie to, że kolejna publikacja odświeżyła temat i mogła nasilić falę żartów.

Po drugiej stronie sąd zapisał, czego nie wykazano: że publikacja istotnie wpłynęła na życie zawodowe czy prywatne powódki. W pracy została jedynie zapytana przez przełożonego, czy należy spodziewać się kolejnych publikacji. Od męża, rodziny i przyjaciół otrzymała pełne wsparcie.

Różnica między 2019 rokiem a 2023 rokiem jest tu widoczna gołym okiem: wtedy przerwa w pracy, teraz jedno pytanie przełożonego. Zasądzona kwota odzwierciedla właśnie tę różnicę w skutkach, a nie mniejszą naganność samego zachowania wydawcy.

Przeprosiny, które nie krzywdzą po raz drugi

Zostaje najciekawszy element wyroku.

Sąd zobowiązał wydawcę do przeprosin w niemal dokładnie takiej formie, jakiej żądano, bo pozwany nie zgłosił żadnych zastrzeżeń ani co do formy, ani co do treści. Wprowadził dwie korekty.

Pierwsza jest techniczna: usunął z opisu wymóg, by ramka miała formę “standardową dla strony”, jako zwrot niedookreślony, który na etapie egzekucji wyroku rodziłby wątpliwości, czy obowiązek wykonano prawidłowo. To praktyczna wskazówka dla każdego, kto formułuje takie żądanie: przeprosiny muszą dać się wyegzekwować, więc każdy element trzeba opisać mierzalnie.

Druga jest zaskakująca. Sąd wykreślił z treści przeprosin samo obraźliwe określenie, zastępując je ogólnym wskazaniem na informacje sugerujące przestępczy charakter działań powódki. Uzasadnienie: treść przeprosin nie powinna prowadzić do wtórnej stygmatyzacji pokrzywdzonego, a ponowne opublikowanie chwytliwego i zapadającego w pamięć określenia obok imienia i nazwiska powódki, na tym samym portalu, właśnie taki skutek mogłoby odnieść.

Innymi słowy: przeprosiny mają usuwać skutki naruszenia, a nie utrwalać frazę, która krzywdę wyrządziła. Sąd dopisał natomiast do oświadczenia wprost, jakie dobra osobiste naruszono, godność i dobre imię.

Koszty procesu zniesiono wzajemnie na podstawie art. 100 k.p.c., bo powództwo uwzględniono tylko częściowo, a obie strony poniosły koszty na zbliżonym poziomie.

Co z tej historii wynika

Powtórzenie cudzej publikacji nie zwalnia z odpowiedzialności. Wskazanie źródła nie uchyla bezprawności, zwłaszcza gdy w tekście brakuje jednoznacznego komunikatu, że przytaczane informacje były nieprawdziwe. Odpowiada ten, kto rozpowszechnia, a nie tylko ten, kto był pierwszy.

Informacja o przeprosinach to nie sprostowanie. Sąd wprost stwierdził, że z faktu przeproszenia bohatera artykułu nie wynika, iż opisana historia była nieprawdziwa. Kto chce powołać się na rzetelność relacji, musi napisać, że informacje były fałszywe.

“Ponoć” i tryb przypuszczający nie chronią. Liczy się wydźwięk całości i to, co z tekstu wynosi przeciętny odbiorca. Sąd potrafi to zbadać, sięgając choćby po komentarze czytelników pod artykułem.

Bezprawność się domniemywa. Powód wykazuje naruszenie, pozwany musi udowodnić, że działał zgodnie z prawem, na przykład w obronie uzasadnionego interesu. Bierność dowodowa po stronie wydawcy oznacza przegraną.

Pieniądze przy dobrach osobistych nie są automatem. Art. 448 k.c. daje sądowi uznanie. Zasądzona kwota zależy nie od naganności publikacji w oderwaniu od skutków, ale od wykazanych następstw: co konkretnie zmieniło się w życiu zawodowym i prywatnym pokrzywdzonego.

Przeprosiny mają leczyć, nie powtarzać krzywdę. Sąd usunął z tekstu oświadczenia stygmatyzujące określenie, żeby publikacja przeprosin nie stała się kolejnym naruszeniem. To dobra wskazówka przy formułowaniu żądania: cytowanie obelgi w przeprosinach może być kontrproduktywne.

Jak to się potoczyło

  1. marzec 2019

    Pierwsza fala publikacji

    Trzy serwisy publikują zbliżone treści na temat powódki. Ona pozywa wszystkich trzech wydawców o ochronę dóbr osobistych i wygrywa.

  2. po 2019 roku

    Półroczna przerwa w pracy

    Przełożony prosi powódkę o przerwę zawodową z uwagi na podważenie jej wiarygodności przez tamte artykuły. Żarty współpracowników powtarzają się przez kolejne lata.

  3. 2019-2023

    Cztery lata ciszy

    Od publikacji z marca 2019 roku aż do spornego artykułu nie ukazuje się w mediach nic nowego na ten temat.

  4. 31 października 2023

    Artykuł na portalu plotkarskim

    Serwis publikuje tekst powtarzający dawne twierdzenia i dodający określenie, które nie padło w żadnej wcześniejszej publikacji.

  5. 31 października 2023

    Komentarze pod tekstem

    Pod artykułem pojawia się wiele komentarzy, w większości negatywnych. Z kilkunastu wynika, że ich autorzy uznali opisane informacje za prawdziwe.

  6. 2 listopada 2023

    Wezwanie przedsądowe

    Powódka wzywa wydawcę do publikacji przeprosin, usunięcia komentarzy i zapłaty 100.000 zł na cel społeczny w terminie 7 dni. Pismo doręczono 6 listopada.

  7. 14 listopada 2023

    Początek biegu odsetek

    Data, od której sąd zasądził odsetki ustawowe za opóźnienie od kwoty na cel społeczny.

  8. 11 marca 2024

    Pozew

    Sprawa trafia do Sądu Okręgowego w Warszawie.

  9. 19 czerwca 2026

    Wyrok: przeprosiny i 10 000 zł

    Sąd nakazuje publikację przeprosin na stronie głównej i zasądza 10 000 zł na cel społeczny, oddalając resztę żądania i znosząc koszty procesu.

Jak orzekł sąd

Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał wydawcy opublikowanie przeprosin na stronie głównej serwisu, w ramce o parametrach wskazanych w pozwie, przez 24 godziny, widocznej także dla użytkowników z blokadą reklam, i zasądził 10 000 zł na wskazany cel społeczny z odsetkami od 14 listopada 2023 r., oddalając powództwo w pozostałej części. Uznał, że naruszono cześć powódki w obu aspektach: dobre imię i godność. Wydawca nie obalił domniemania bezprawności i nawet nie próbował wykazywać prawdziwości opisanych działań. Obrona, że artykuł tylko relacjonował dawną publikację, upadła, bo w tekście nie było informacji, że tamte treści były nieprawdziwe, co potwierdzały komentarze czytelników. Sąd skorygował treść przeprosin, usuwając z nich stygmatyzujące określenie, i zniósł koszty procesu wzajemnie między stronami.

Podstawa prawna

  • art. 23 k.c.: katalog dóbr osobistych; cześć obejmuje dobre imię i godność
  • art. 24 § 1 k.c.: roszczenia o usunięcie skutków naruszenia oraz domniemanie bezprawności naruszenia
  • art. 448 § 1 k.c.: zadośćuczynienie albo suma na wskazany cel społeczny; przyznanie ich zależy od uznania sądu
  • art. 30 Konstytucji RP: przyrodzona i niezbywalna godność człowieka jako źródło wolności i praw
  • art. 100 k.p.c.: wzajemne zniesienie kosztów procesu przy częściowym uwzględnieniu powództwa

Sąd Okręgowy w Warszawie

Sygnatura akt: I C 409/24

Sprawdź pełną treść wyroku w bazie SAOS →

Czytaj dalej